
Od kilkunastu miesięcy uczę pewną młodą osobę. Jej poziom języka był zadowalający, jednak nie potrafiła skorzystać w pełni z jego wartości. Jeśli chodzi o testy i rozumienie ze słuchu, to dochodziła w tym do perfekcji, natomiast mówienie i wykorzystanie zaawansowanych słówek, ciekawych wyrażeń i struktur gramatycznych, które umiała w teorii, niestety nie było dla niej możliwe. Dlaczego?
Przyczyna była dość prozaiczna. Do tej pory uczyła się jedynie języka uzupełniając luki w ćwiczeniach, przepisywała słówka do zeszytu oraz oglądając filmy w oryginale. Natomiast zaniedbała tą zdolność, której język służy, czyli mówienie. A przecież, jeśli chcemy nauczyć się pływać nie można tylko siedzieć z książką „Nauka pływania” na basenie i uczyć się pływać w teorii, podobnie z jazdą na rowerze itp. To jakby uczyć się jak pływać z książki – w wannie bez wody, albo jakbyś całe życie trenował do biegu maratońskiego, a na końcu kazali ci pływać. No sorry, ale to nie może się udać. Niestety tak wygląda dziś nasza edukacja i nie chodzi mi tylko o język angielski.
Przecież głównym celem nauki języka jest komunikowanie się. A wyzwania dzisiejszego świata, chęć jego poznawania i zawierania znajomości, to mówienie. Pisanie maili i inne formy przekazu cyfrowego, technologia nam już zastępuje, ale mówienia jeszcze nie i zapewne długo jeszcze tego nie zrobi. Dlatego coraz częściej łapiemy się na tym, że ta długoletnia nauka języka z podręcznikiem, wypełnianiem testów i zaliczaniem poszczególnych unitów w książce jest jak zakładanie płetw na łyżwy – technicznie da się, ale po co orać zębami po zimnym lodzie.
Moja uczennica, podobnie jak tysiące innych osób, które zostały oszukane przez nas „ szkolny system z epoki kredy do tablicy”, który ostatnio został zaktualizowany w 1875 dostała niedawno pracę w międzynarodowej firmie z siedzibą w Chinach.
Na szczęście język angielski, ten pisany miała opanowany do perfekcji, bo pisanie maili i umów obsługiwała za nią AI. Więc ten rodzaj komunikacji przebiegał idealnie, bo translatory i ChatyGPT robiły to za nią wzorowo. Ale mówienie spędzało jej sen z powiek, tym bardziej, że w teorii język znała, ale nie mogła wydobyć jego wartości podczas interakcji. Tym bardziej, że po kilku tygodniach otrzymała propozycję wyjazdu do Chin i zawarcie umów z nowymi dostawcami.
Do China, gdzie pociąg jedzie 400 km/h i nie ma maszynisty. U nas pociąg ma 10 minut opóźnienia, bo kierownik stacji zaspał, a maszynista szuka śrubokręta. Z nauką i mówieniem po angielsku jest podobnie.
Nie muszę chyba wspominać, że mocno nadszarpnęło to jej pewność w siebie i spowodowało duże zwątpienie. Na szczęście w porę zgłosiła się do mnie, szybko złapaliśmy wspólne „flow”, zaufała mi, co jest jednym z fundamentów współpracy ONE-to-ONE, więc udało nam się stworzyć scenariusz zajęć dedykowany właśnie dla niej.
Nigdy nie podchodzę do ucznia szablonowo, zawsze wsłuchuję się w jego potrzeby i staram się reagować punktowo, w te miejsca, które szybko wymagają poprawy. A że moja otwartość, bezpośrednie, pogodne podejście i swobodny sposób bycia doskonale współgrały z metodami jakie jej zaproponowałem. Jej postęp w mówieniu nastąpił niemal błyskawicznie. Pracowaliśmy na tym jak pozbyć się lęku przed byciem ocenianą, jak na 10 sposobów wybrnąć gdy zapomni słówka, z których i tak najlepszym jest uśmiech, a potem skierowanie uwagi na rozmówcę i zastąpienie słówka synonimem lub opisem sytuacji. Pomogłem jej nie przejmować się błędami, które są nieodłączną cechą komunikacji, nawet w naszym ojczystym języku. Ważne jest to, aby tymi błędami się nie przygniatać i nie chłostać niczym biczem. A czasem błąd może być platformą do jeszcze lepszego występu. Leonardo da Vinci też pewnie kiedyś rozlał kawę na szkic, a wyszła z tego Mona Lisa.
Za takim podejściem i w takiej atmosferze pracujemy do teraz. Dziś moja uczennica jasno patrzy w przyszłość, odważnie formułuje myśli i zajmuje się szkoleniem z mówienia i prezentacji w swojej firmie.
A na początku wyruszyła w tę podróż niepewna. Bez mapy, z dziurawym plecakiem, zepsutym kompasem i sercem pełnym wątpliwości. Każdy krok drżał. Każdy wybór ważył więcej niż ona sama. Ale szła. I w tej drodze – przez błoto niepewności, przez mgłę porównań, szpaler ironicznych spojrzeń przez burze cudzych oczekiwań – zbudowała siebie. Nie szybko. Nie idealnie. Ale prawdziwie. A dziś? Dziś nie potrzebuje kompasu, plecak zaszyła, a kierunku nie potrzebuje – bo to ona stała się kierunkiem. Teraz do niej zmierzają inni.
A to że mogę jej w tej drodze towarzyszyć, jest dla mnie powodem do dumy i dowodem, że to co robię może zmieniać ludzi i ich życie.
excelente!