



Dojeżdżam do hostelu w samym centrum Genevy, 400m od jeziora. Płacę 200zł za nocleg ze śniadaniem, w końcu to Wielkanoc to liczę na jakieś smakołyki.
Stoję jakieś 10minut przy recepcji, do zameldowania, bo jakaś starsza Pani ma szereg pytań. Opowiada Panu szczegóły i przebieg swojej podróży i że jest z Kanady i jeździ sama po Była w Carcassone, Tuluzie i Annency, czyli prawie tam gdzie ja. Dokładnie nie widziałem czy może tu jest taki „check-in code”, że przy zameldowaniu trzeba zdać relację z miejsc gdzie się było.
Dobra, moja kolej: więc przed tradycyjnym pytaniem o nocleg (przecież znowu wpadam tu bez rezerwacji) opowiadam Panu w recepcji skąd jadę i co widziałem, kończąc na tym że kolejnego dnia mam pociąg do Berlina. Pan lekko zdziwiony, ale wchodzi ze mną w miłą, na poziomie dyskusje.
Wspomniana Pani na oko koło 60lat pyta się mnie: „Are you German from Berlin? Because I am from Poland, the city next to Berlin, Stettin”. Trochę się zdziwiłem, bo wcześniej przy recepcji mówiła nienagannym angielskim że jest z Kanady.
Odpowiadam jej, patrząc w szklące się oczy
„No, I am from Stettin, too. I am Polish. I am taking the train to Berlin..
I nagle słyszę olbrzymią radość w jej głosie, połączoną zaskoczeniem, że tutaj na szwajcarskiej ziemi, w mieście wielokulturowym, gdzie miesza się z sobą wiele nacji ona spotyka rodaka i to jeszcze z jej miasta… Szybko się melduję. Siadamy w holu i toczymy jedną z ciekawszych dyskusji jakie ostatnio odbyłem. Opowiada mi że wiele lat temu wyjechała do Kanady, gdy u nas była jeszcze zatęchła komuna i szukała dla siebie lepszego miejsce w świecie. Opowiedziała mi o wielu perypetiach z tym związanych, osiedleniu się w obcym kraju, tęsknocie, chwytaniu życia w żagle. O tym że na nowo kończyła tam szkoły, dyplomy i zdobyła obywatelstwo. Przeniosła mnie tą rozmową w świat który znam z opowieści. Ja z kolei ja przeniosłem w świat współczesnego Szczecina. Obecnych zmian, o Pogodnie gdzie mam swoją szkołę. A które ona pamięta z lat młodości, bo niedaleko się wychowała.
Ja opowiadałem jej o stylu w jakim podróżuję, że to mnie określa, ludzie jakimi się otaczam, czasem teraz tak przypadkowo spotkanych jak Pani teraz. Ona odpowiada podobnym tonem i tym, że podróże, ciekawe miejsca, a nie rzeczy materialne mają dla niej największą wartość. Gadaliśmy tak o życiu, różnicach kulturowych, osiąganiu samodzielności życiowej, której nie określa wiek, a stopień niezależności. Bo ktoś może mieć 30, 40 i 60 lat a wciąż może nie być wolnym w decydowaniu o sobie. Co ciekawe nie pytała mnie o moje życie prywatne, dlaczego nie jestem teraz przy świątecznym stole, dla niej liczyło się to co teraz, co myślę i abym mówił o Szczecinie, który wciąż żywo jest w jej sercu. Opowiadałem jej jedynie o mojej szkole i radości jaką daje mi uczenie, że wiele rzeczy ze świata podróży przenoszę do treści moich zajęć, czyli luz, niezależność, interakcje z drugim człowiekiem i o to aby cokolwiek w życiu robisz było Twoim wyborem a nie szefa, żony, teściowej…
Ciekawe że ta różnica wieku zupełnie nie przeszkadzała nam w formułowaniu swobodnych i odważnych myśli, jakże innych jakie znam u ludzi z jej pokolenia. Dla mnie to była szczęśliwa, wyzwolona kobieta, która mimo że żyje z dala od Polski, czuje się obywatelką bardziej świata, bo i do mentalności polskiej ludzi w podobnym wieku jej daleko, a i Kanada wciąż się zmienia politycznie i etnicznie. O czym też gawędziliśmy do późnego wieczora, pośród bulwarów nad brzegiem Jeziora Genewskiego…gdzie słońce chyliło się ku zachodowi..
Po raz kolejny okazało się podróże to nie tylko miejsca, ale też ciekawi ludzie, którzy ze swoją historią nieoczekiwanie wyjadą Ci naprzeciw..